Autentyczność doświadczeń na wyjazdach incentive to temat-rzeka.
Niemal w każdym briefie na projekt incentive travel można znaleźć sformułowania typu „atrakcje niedostępne dla zwykłych turystów”, czy „autentyczne, lokalne doświadczenia”.
Kiedy jednak potem dochodzi do ostatecznej weryfikacji programu do realizacji, to bardzo często okazuje się, że ta autentyczność doświadczeń musi być jednak „obłaskowiona” i dostosowana do wrażliwości uczestników, a także w pełni kontrolowalna, wpasowana w czasówkę i profil grupy.
I tu pojawia się pytanie, czy oferując takie autentyczne doświadczenia w podróży, powinniśmy uświadamiać klienta o tym o jak dokładnie wygląda taka atrakcja i czego można się spodziewać w jej przebiegu, a potem przygotować w miarę możliwości jego gości na spotkanie z „nieznanym”, czy raczej próbować zmodyfikować pod oczekiwania klienta scenariusz spotkania z autentyczną lokalną społecznością, która może przecież żyć w zgoła innym tempie i kierować się zupełnie innymi priorytetami i wartościami niż uczestnicy naszego wyjazdu, starać się dopasować przebieg takiego spotkania do ciasnej agendy wyjazdu.
Gdzie kończy się autentyczność, a gdzie zaczyna się naginanie rzeczywistości do potrzeb scenariusza projektu incentive travel?
Bazą do tych moich rozważań stało się bardzo ciekawe doświadczenie z ostatniej realizacji MASALI w Azerbejdżanie, gdzie – jako pierwsza grupa z Polski – dotarliśmy z grupą na południe kraju, do herbacianego regionu Lankaran, niedaleko granicy z Iranem, na spotkanie z lokalną społecznością Tałyszy.
Miejscem naszego spotkania była górska osada, do której dotarliśmy niezniszczalnymi Ładami Niwami, przecinając wykroty i rzeki. Dużo zachodu, żeby dotrzeć na miejsce, które w swojej formie było proste, ubogie, ktoś mógłby powiedzieć „prymitywne”. Warunki życia w osadzie były bardzo dalekie od tych, do których my – mieszkańcy cywilizowanej Europy – jesteśmy przyzwyczajeni.
Tymczasem na miejscu uczestnicy naszego wyjazdu mieli dołączyć do lokalnej społeczności, zrobić zakupy na lokalnym bazarze, ugotować razem z nimi posiłek, korzystając z tego, co jest dostępne na miejscu.

Mimo spartańskich warunków, błota i mżawki to spotkanie było w 100% nastawione na poznanie się. Jedni byli ciekawi drugich, a nasza grupa wykazała się bardzo dużą otwartością na to, co zastali na miejscu.
Korzystaliśmy z pomocy Yaguba – lokalnego influencera o tałyskich korzeniach, który pomógł w zrobieniu zakupów na lokalnym targu, a potem płynnie zapoznał grupę z lokalnymi zwyczajami i rozdzielił pracę przy gotowaniu potraw na wspólny lunch w górach. „Neneler” (czyli po tałysku babcie) śpiewały przy gotowaniu swoje rzewne pieśni, a nasze uczestniczki odśpiewywały im nasze polskie „Szła Dzieweczka” i „Hej Sokoły”, znaleźli się chętni do kołysania 2-miesięcznej córeczki gospodarzy Šams (po arabsku „Słoneczko”), panowie pomagali rozpalić ognisko i nastawiać samowary z herbatą oraz rozprawiali z gospodarzami o organicznej uprawie warzyw, wartości złotych zębów 😉 i dojazdach do wioski zimą.
A potem wszyscy wspólnie zasiedli do posiłku na wielkiej werandzie i mimo mało zachęcającej pogody, to był niezwykle serdeczny, bardzo wartościowy, mistyczny czas.
Nie było zbyt czysto, nie było super-wygodnie, wszyscy mieliśmy ubłocone buty, toaleta mogła być wyzwaniem, a niektóre lokalne potrawy na stole nie wzbudziły, delikatnie rzecz mówiąc, entuzjazmu. Za to wszyscy uczestnicy na koniec serdecznie żegnali się z gospodarzami, wyjeżdżając z niezwykle pozytywną energią i sercami pełnymi wrażeń.
Ciężko było wyjeżdżać… pobyt w osadzie przedłużył się o 1,5 godziny, a w efekcie reszta agendy na ten dzień musiała być sprawnie zaktualizowana o tę „obsuwę” w roadbooku. Nikt jednak nie żałował ani minuty! Powrotna podróż grupy do cywilizacji wypełniona była w autokarze rozmowami o tym, jak bardzo nam – ludziom Zachodu – są potrzebne takie spotkania, dzięki którym znów doceniamy proste przyjemności i „niefiltrowany” kontakt z drugim człowiekiem.
Jeśli fundujemy grupie autentyczne doświadczenia i spotkania z lokalnymi społecznościami, to róbmy to odpowiedzialnie i z szacunkiem dla gospodarzy. Dobra komunikacja i przygotowanie grupy do takiej wizyty to podstawa. Zostawmy sobie też przestrzeń na to, że takie spotkanie może wymagać modyfikacji agendy. Liczmy się też z tym, że nie wszystko będzie idealnie, ale za to prawdziwie. W przeciwnym razie całe doświadczenie zamienia się w „malowanie trawników na zielono” i udawanie, że oferujemy uczestnikom prawdziwy obraz odwiedzanego miejsca.